Nie wszystko co piękne jest dobre… O szkodliwości akcji Uwolnić karpia.

Gdy zbliżają się święta Bożego Narodzenia, co roku powraca też akcja "Uwolnić karpia" polegająca na wypuszczaniu karpia kupionego w sklepie do jeziora, rzeki lub innego zbiornika wodnego. Słyszeliśmy mnóstwo opinii na jej temat. Nawet środowisko wędkarskie jest mocno podzielone w tej kwestii. Jedni uważają taką akcję za piękny gest w kierunku ryb, inni przestrzegają o wysokiej szkodliwości dla środowiska. Postanowiliśmy bliżej przyjrzeć się temu tematowi. Dzięki współpracy z Centrum Edukacji Ekologicznej i Rewitalizacji Jezior – ZPO w Szczecinku udało nam się uzyskać obiektywną, popartą naukowo opinię specjalistów na temat wypuszczania wigilijnego karpia. Zapraszamy na artykuł!

„Uwolnij karpia na Święta” - czy takie akcje mają sens i czy z punktu widzenia dobrostanu ryb i prawidłowego funkcjonowania ekosystemów powinny być realizowane?

Karp jest, można powiedzieć, taką naszą „rybą narodową”, kojarzoną szczególnie z okresem Świąt Bożego Narodzenia jako potrawa podawana w różnej postaci. Jest też rybą często zasiedlającą sztuczne łowiska wędkarskie oraz stawy hodowlane. Znamy go w naszej części Europy w dwóch formach. Udomowionego karpia – lustrzenia, którego w Polsce hodowano co najmniej od połowy XIII wieku, a tymi którzy pierwsi założyli stawy hodowlane byli Cystersi. I drugą formę – dziką, rzeczną, tzw. sazana, której nie spotykamy w stanie naturalnym. Pozytywnym efektem działań prowadzonych w ostatnich latach przez różnego rodzaju podmioty i organizacje jest to, że większość sieci handlowych wycofała się ze sprzedaży żywych karpi, które w sklepie często były przechowywane w tragicznych warunkach i dla nich transport do sklepu i oczekiwanie w sklepie na kupca były bardzo traumatycznym przeżyciem, bo przecież ryby pomimo tego, że „głosu nie mają” też są żywymi organizmami, które potrafią odczuwać ból i stres.

W okresie świątecznym coraz częściej są też realizowane akcje, w ramach których uwalniamy żywe karpie, albo te kupione w sklepach, albo kupione bezpośrednio z hodowli. Zwracamy im „wolność”, wypuszczając je do jezior, rzek i stawów, nie licząc się z konsekwencjami naszego postępowania dla środowiska. Sami się oczywiście w ten sposób dowartościowujemy, że niby tacy jesteśmy ludzcy dla zwierząt, że zamiast zabić i zjeść, wypuszczamy na wolność. Musimy jednak pamiętać, że karpie hodowlane są gatunkami obcymi, które w naturalnych warunkach nie występują w naszych ekosystemach, czyli w naszych jeziorach i rzekach, do których zazwyczaj je „uwalniamy” (bo przecież nikt nie pojedzie z kupionym w sklepie karpiem z powrotem do stawu hodowlanego, z którego został on do tego sklepu przywieziony - będą to najczęściej najbliższe naszego miejsca zamieszkania albo punktu sprzedaży jezioro lub rzeka) i mogą je w ten sposób bezpowrotnie zmienić. W przypadku karpia wśród wielu osób pokutuje też takie zdanie, że jest to „ryba mało wymagająca” np. w kwestii ilości tlenu i wody potrzebnych do przeżycia, więc można ją przewozić owiniętą mokrą szmatą albo w foliowym worku. Rzeczywiście w porównaniu do gatunków ryb drapieżnych tak jest, ale pamiętajmy, że ciągły niedobór tlenu naraża ją na niepotrzebny stres i cierpienie – trochę to jest tak jakby nam, ludziom ktoś założył worek na głowę i kazał zrobić kilka przysiadów. Niestety, takie postępowanie w przyrodzie może zrobić więcej złego niż dobrego, a dlaczego? Zapytaliśmy o to osoby na co dzień współpracujące z Centrum Edukacji Ekologicznej i Rewitalizacji Jezior w Szczecinku. Przeczytajcie, co od nich usłyszeliśmy.

 

Prof. dr hab. inż. Robert Czerniawski, Dyrektor Instytutu Biologii Uniwersytetu Szczecińskiego, autor wielu prac z zakresu hydrobiologii, funkcjonowania ekosystemów wodnych i ich rewitalizacji:

„Generalnie to ja jestem przeciwko jakimkolwiek zarybieniom, bo to działanie ludzkie, po to żeby te ryby później odłowić, albo na wędkę, albo sieciami. Ale to moje prywatne mało popularne zdanie. Nie mam nic przeciw rybakom i wędkarzom, lubię ryby jeść, nie jestem też przeciwny zarybieniom drapieżnikami, pod warunkiem, że nie będą one później odławiane przez wędkarzy i rybaków, inaczej biomanipulacja nie ma żadnego sensu. Karp to gatunek obcy, na szczęście nie rozmnaża się w naturze na tyle, aby zagrozić ekosystemom, ale w małych zbiornikach może stanowić problem, jeśli występuje w nich w dużych ilościach, więc po co jeszcze zwiększać jego ilość m.in. w trakcie akcji „Uwolnij karpia na Święta”. Według mnie problem nie tyle tkwi w obecności karpia, co w metodach jego połowu, szczególnie bardzo intensywnym nęceniu, wprowadzaniu pasz i innych organicznych dodatków, barwników sztucznych, które w ostatecznym rozrachunku i rozkładzie są tym samym, co wypływ z szamba. Uważam też, że dobre dla natury jest to, co jest naturalne, a nadmiar ryb jest tak samo zły, jak ich niedobór”.

 

Rafał Maciaszek – Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, twórca portalu „Łowca Obcych”, Klimatyczny Człowiek Roku 2021:

„Przede wszystkim jest to działanie niezgodne z prawem. Ma fatalny wpływ tak na same karpie, jak i ekosystemy, do których te zostaną wyrzucone. Karpie ratowane są w stresie, są osłabione, a dodatkowo brak wiedzy przeciętnej osoby, która chce je ratować powoduje, że ryba jest narażona na szok termiczny poprzez gwałtowne zmiany parametrów wód, do których trafia. Karpie mogą być wektorem groźnego pasożyta międzykomórkowego Sphaerothecum destruens, który aktywuje się w osłabionych osobnikach, a takimi będą te „ratowane” karpie. Ponieważ do uwolnień dochodzi w okresie stosunkowo chłodnym, pasożyt rozkłada tkanki karpia wolniej powodując, że ten zdycha nawet tygodniami i miesiącami (do momentu aż zrobi się cieplej). Wiele z tych ryb nie przeżywa, to nie jest ratowanie ryb, a realne znęcanie się nad nimi. Oczywiście patogen ten może przenieść się także na inne ryby w zbiorniku czy przykładowym oczku wodnym. Atakuje je, kiedy będą osłabione, a okres często niepewny co do temperatury może tylko sprzyjać jego rozwojowi. Niestety, ponieważ czasem to trwa dość długo, tak że ryby atakują też inne choroby podstawowe, jak np. pleśniawki. Oprócz pasożyta pozyskanego od czebaczka amurskiego na poziomie stawów hodowlanych, gdy ten miał styczność z karpiem, wraz z tymi rybami można przenieść do ekosystemów szczeżuję chińską w postaci jej larw pasożytniczych. Nie jest o to jakoś trudno - w końcu właśnie w ten sposób, wraz z karpiem do Polski przybyła szczeżuja chińska - nikt jej celowo nie wrzucał. Larwy te pasożytują na wielu gatunkach ryb, nie tylko karpiowatych, powodując m.in. słabsze przyrosty ryb - i właśnie dlatego odpowiedzialny wędkarz nie powinien popierać uwalniania karpi. Warto też dodać, że uwalnianie gatunków obcych będzie po 18 grudnia przestępstwem w myśl ustawy o gatunkach obcych. Warto też dodać, że dla sprzedawcy nie ma znaczenia, czy zwierzak zostanie „uratowany” czy zjedzony, a tego typu akcje jedynie nasilają poddawaną krytyce sprzedaż. Trzeba też podkreślić, że w przypadku karpia jest to jeden dzień „męk”. Te same osoby, które „ratują” karpie, przechodzą obojętnie koło złotej rybki utrzymywanej w fatalnych warunkach, często niewielkiej kuli o pojemności 1,5 l – 3 l uznając taki wizerunek za poprawny. Karp ma natomiast zagwarantowane prawnie stosunkowo najlepsze warunki utrzymania spośród wszystkich zwierząt gospodarskich w Polsce (np. złota rybka po prostu musi być w wodzie, a karp musi poza tym mieć też określoną przestrzeń). Reasumując - do akcji „ratowania” nigdy nie powinno dochodzić - one nie pomagają - ani karpiom, ani środowisku”.

 

Mariusz Getka – Prezes Szczecineckiej Lokalnej Organizacji Turystycznej, wędkarz:

 „Z punktu widzenia wędkarskiego, akcja wypuszczania kupowanych karpi wydawać się może pożyteczna, ale tak naprawdę może ona wyrządzić znacznie więcej szkód, niż korzyści. Przede wszystkim sprawy zarybień, szczególnie gatunkami obcymi, a za taki uważany jest karp, reguluje szereg przepisów. Od wielu lat trwają spory dotyczące karpi i możliwości wpuszczania ich do wód otwartych.  To nie jest tak, że do każdego akwenu możemy wpuszczać wszystko, co nam się żywnie podoba. Karp z jednej strony to niewątpliwie bardzo atrakcyjna ryba wędkarska, ale z drugiej, ryjąc głęboko w dnie, a tak żeruje,  podnosi osady, które bezpośrednio wpływają na zanieczyszczenia i eutrofizację zbiorników wodnych. Kolejny aspekt to sprawa zdrowotności i badań weterynaryjnych ryb, które trafiają do obrotu detalicznego. Tak więc odradzam wpuszczania do jezior i stawów kupowanych karpi. Zarybienia pozostawmy specjalistom i użytkownikom rybackim, a my nabywajmy tuszki lub płaty, wtedy pozbędziemy się dylematów związanych z uśmiercaniem żywych ryb”.

 

Artur Furdyna - koordynator terenowy projektu Life+ DRAWA, Ichtiolog, inżynier rybactwa morskiego, od wielu lat zawodowo związany z ekologią wód regionu od strony realizacji działań naprawczych ekosystemów rzecznych, przewodniczący stowarzyszenia Towarzystwo Przyjaciół Rzek Iny i Gowienicy:

„Osobiście jestem na nie. Choć rozumiem i generalnie popieram ochronę ryb, to zdecydowanie oddzielam rodzime, dzikie gatunki i przede wszystkim, środowisko naturalne w którym żyją mniej lub bardziej dzikie ekosystemy naszych rzek i jezior, od sztucznych obiektów, urządzeń wodnych typu stawy. Z silnym naciskiem na włączenie zbiorników zaporowych do wód naturalnych, bo są albo będą połączone z wodami naturalnymi. Więc jeśli wypuszczać z dobroci serca, to do stawu, nie do jeziora czy rzeki. Może, skoro taka jest chęć coraz liczniejszej części społeczeństwa, zaczniemy płacić właścicielom stawów za utrzymanie tych obiektów z wodą, by było gdzie te karpie trzymać. Pod warunkiem, że dany staw nie szkodzi otoczeniu, to niech już sobie będzie. Ale zalany wodą cały rok. Bo tylko w tej postaci może, przy prawidłowej, uwzględniającej geologię i hydrologię zlewni, konstrukcji, nie wpływać negatywnie na stosunki wodne. I jako obiekt sztuczny, może być miejscem pobytu gatunków nierodzimych, jakim jest karp. Tu pojawia się argument by, jeśli chcemy karpia uwalniać, zamiast tego go po prostu nie kupować, tylko zapłacić za usługę retencji, z dodatkiem, miejsca dla karpia. Oszczędzimy karpiom stresów i do tego ograniczymy stres, jaki powstaje przy udostępnianiu karpia do handlu. Bo żeby karpie odłowić, spuszcza się ze stawów wodę i to jest ogromny problem środowiskowy. W trakcie spuszczania wody ze stawów wypłukiwane są osady organiczne i mineralne, w pewnym momencie wielokrotnie przekraczające w tym procesie jakiekolwiek normy środowiskowe. To taka tajemnica poliszynela i ślepota systemu. Całe tomy ostatnio powstały, jakie też te stawy są super, od retencji, po szerokie usługi ekosystemowe. Cicho w tych opracowaniach na temat generowanych przy produkcji w stawach kosztów środowiskowych. Tymczasem sama akcja spuszczania wody dla wybrania ze stawów ryb jest wyrokiem śmierci dla całych dorzeczy, do których taka woda się dostaje. Nie potrzeba nic więcej, tylko kilka dni błotnistej brei w rzekach, by z jej piękna i zdrowia zostało nic. „Rzeka zombie”, kanał do odprowadzenia tych karpiowych ścieków. I ten, stosunkowo wobec okresu produkcji, krótki czas skutecznie wyklucza wszelkie argumenty za uznaniem hodowli karpia za „ekologiczny”. Jeśli do tego dochodzi zła budowa takich stawów, to już mamy duży problem wygenerowany przez stawy. A jeśli do tego, co niestety dzieje się często, vide Ośno Lubuskie, stawy powstały w miejscu bezcennych mokradeł w dolinie rzeki i stały się głównym czynnikiem zwiększenia drenażu zlewni i są puste zimą, kiedy woda powinna uzupełniać uszczuplone latem zasoby wód, to takie obiekty i karpie z nich to wielki ciężar, a nie korzyść. Pomijam właścicieli, ale w tym miejscu powstaje skrajna niesprawiedliwość – pojedyncza korzyść ekonomiczna wobec powszechnej straty w wielu obszarach, aż po zapewnienie wody pitnej. Może czas pomyśleć o zastąpieniu tej kosztownej jak widać środowiskowo tradycji innymi gatunkami, mniej szkodliwymi. Oczywiście, trudno z dnia na dzień wszystko zmienić, jednak wobec dramatycznie już złego stanu środowiska naszych wód, w tym deficytu wody w zlewniach, czas pożegnać wodochłonne technologie. Według mnie, z karpiem w dotychczasowej formie czas się rozstać, zaprosić na stoły inne gatunki ryb, jak najmniej „kosztowne” środowiskowo. Czy takie są? Są, tylko cały sektor musi wrócić do uczciwej, rzetelnej, odpowiedzialnej drogi korzystania z zasobów. Ponieważ z jednej strony konieczne jest zapewnienie ryb z akwakultury na stoły, dla ochrony dzikich, zanikających stad, lecz z drugiej, ta akwa/marikultura nie mogą być zabójczym obciążeniem dla naszych wód”.

Podsumowując – jedzmy karpie pod każdą postacią, ale kupujmy je w sklepach już oprawione i gotowe do przyrządzenia w taki sposób, jak lubimy najbardziej albo kupujmy je bezpośrednio u hodowców prowadzących zrównoważoną akwakulturę. Możemy też sami spróbować szczęścia i złowić karpia na typowym wędkarskim łowisku, a zarybianie akwenów wodnych zostawmy specjalistom.

Autor tekstu: Radosław Wąs, dyrektor Centrum Edukacji Ekologicznej i Rewitalizacji Jezior – ZPO w Szczecinku.

www.eco.szczecinek.pl

Ikonka współpracy.

Partnerzy

Centrum Edukacji Ekologicznej i Rewitalizacji Jezior w Szczecinku